| Kronika - Horda Tatarska - ciężkie dni |
|
|
|
| Wpisany przez Kronikarz | |||
| wtorek, 27 lipca 2010 09:38 | |||
|
Z dziennika komandora podlaskiego
Z łopotem sztandarów i szczękiem metalu zjechało na naszą podlaską ziemię doborowe rycerstwo zakonne. Zacny i szanowany brat Tomasz przywiódł młodych templariuszy z Miedzyrzeca, Jan z Lublina przyprowadził szpitalników wysłanych przez baliwa lubelskiego - brata Wróbla, dotarli też i bracia z odległych komandorii Zamość i Łańcut w osobie brata Bartosza i brata Dawida. Niebawem stanął rząd namiotów, a tarcze przed nimi i rozłożony sprzęt bojowy nie pozostawiały wątpliwości co do charakteru zgromadzenia. Pierwszy dzień upłynął spokojnie. Morale wśród moich ludzi wzrosło na tyle, że urządzili wraz z gośćmi zawody w rzutach oszczepem. Najlepszy okazał się młody templariusz. Następnie bracia przeszli do poważniejszych ćwiczeń, gdzie dawali dowody swej siły i zręczności. Wieczór nadszedł spokojny. Gdyby nie czujne warty i broń złożona pod ręką można by rzec, że panuje sielska atmosfera. Nieliczne niewiasty dzielnie znosiły pomoc panów w kuchni. Siedząc przy ognisku zapadliśmy w zwodniczy, błogi nastrój. "Alarm, alarm!" - okrzyki wyrwały śpiących i zadumanych. Ognisko wnet opustoszało. Na chwilę zapanował chaos biegajacych w ciemnościach postaci. Szereg rycerzy stojących w gotowości bojowej powiększał się. Aż zapadła cisza. Nikt nie atakował obozu. Wezwane warty zameldowały, że zauważyły przemieszczające się grupy postaci. Wysłany zbrojny patrol nic nie znalazł. Komandoria Lublin otoczyła sztandar, templariusze osłaniali południowe wejście do obozu, reszta patrolowała okoliczny teren. Czas mijał, a przeciwnika nigdzie nie było widać. Sądząc, że Tatarzy chcą nas tylko zmeczyć nocnymi alarmami poleciłem ruszyć spowrotem na odpoczynek. Nim sprzączki hełmów zostały rozpięte głośne "ałłłła" rozległo się od południowej strony obozu. Templariusze przyjęli na siebie pierwsze uderzenie. Nie byli jednak w stanie zatrzymać fali przeciwników. Okrzyki ucichły, a w hełmie słychać było tylko szczęk broni i własny oddech. Sylwetki postaci migały na tle ogniska. Atak zakończył się szybko. Nikt z rycerzy nie poległ. Ciała przeciwników też poznikały. Tylko porzucone łuki świadczyły, że ich właściciele musieli ucierpieć. Niestety znikł sztandar. Zdyszani ponuro wpatrywaliśmy się w puste miejsce. Dzień nastał pochmurny i deszczowy. Wszyscy w obozie rwali się do walnego starcia ale przeciwnik unikał otwartej konfrontacji. Wypady w pogoni za wypatrzonymi grupkami kończyły się fiaskiem. Zbrojni poranieni strzałami wracali do obozu. Ciężkie, bojowe rumaki nie były w stanie dogonić rączych koni Tatarskich. Pogardzany, odziany w szmaty przeciwnik kpił z ciężkozbrojnego rycerstwa. W południe nastąpił kolejny szybki atak. Porwano w jasyr młode dziewczęta, które nieopatrznie wyprawiły się poza obozowisko. Udało się je odbić tylko dzięki szybkiej współpracy wart i grupy pościgowej. Tego dnia "ałła" rozległo się ponownie. Grupy Tatarów wychynęły zza drzew, pojawiły się nagle wśród traw. Uszykowaliśmy się w linię i wymaszerowaliśmy przed obozowisko. Tego dnia wielu z nas padło przebitych strzałami, ale i wielu Tatarów nie zdołało umknąć spod miecza. Walka nie została rozstrzygnięta. Zagony Tatarskie łukiem ominęły patrolowane przez nas tereny niczym woda opływająca kamień. Taktyka z powodzeniem stosowana w walkach z innym rycerstwem zupełnie nie sprawdziła się w starciu z szybkim i dysponującym łukiem przeciwnikiem. Musimy wiele przemyśleć o nowym niebezpieczeństwie i przygotować się lepiej.
|
|||
| Poprawiony: wtorek, 27 lipca 2010 11:15 |





Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.