| Kronika - 11 lipca |
|
|
|
| Wpisany przez Kronikarz | |||
| poniedziałek, 12 lipca 2010 06:33 | |||
|
Trening odbył się bez niespodzianek. Jan i Piotr - nasi nowi, dobrze wróżący nowicjusze wprawiali się w pracy nóg w walce, Gaston z Magdą przebierali w próbkach lnu, Boguta i Tomasz okładali się piankowymi mieczami szukając błędów w swoich ruchach, a Konrad oswajał się z łukiem. Potem nowicjusze zostali odpytani z zadanego im materiału. Nie mając im nic do zarzucenia Boguta pozwolił im stanąć do walki na żelazo. Jest coraz lepiej. Następnie odbyła się skromna premiera nowego komputera bractwa. Właściwie to nowy był od bardzo dawno temu, ale na nasze potrzeby w zupełności wystarczy. Nie ma to jak nagrać film ze sparingu, a potem go przeanalizować na miejscu, zebrać fotografie z całego okresu działalności bractwa, czy zrobić bazę naszej wiedzy. Spoceni i zmęczeni rozeszliśmy się do domów. Pod wieczór dali znać o sobie nasi słowianie - właśnie dotarli do Białej. Kiedy Boguta przyszedł otworzyć wieżę samochód stał już rozładowany ze sprzętu i otaczała go gromadka zmęczonych postaci. Powitali dowódcę bez porównania mniej entuzjastycznie jak zamrożoną Colę którą przyniósł ze sobą. Rozkładając sprzęt w wieży snuli opowiadania.... Wspomnienia z "Wilczego Tropu" Filip Byliśmy w grupie zwanej "grodem", druga grupa miała być najeźdźcami. Miała być, bo w sumie chyba my częściej ich niepokoiliśmy. Każdy woj swój sprzęt bojowy trzymał pod ręką. Bywało, że wyrwani ze snu przez warty musieliśmy półśpiący stanąć w kilka minut w gotowości bojowej i odpierać atak. Zasady walki były jasne - oberwałeś - nie żyjesz. Równało się to z eliminacją na jedną godzinę, którą spędzało się na tzw. "cmetarzysku". "Zabici" wojowie z obu stron, pojednani w tym miejscu opowiadali sobie kawały czekając na swe "zmartwychwstanie". Raz wyprawiłem się z trzema innymi wojami do obozu nieprzyjaciela. Był prawie pusty, bo wszyscy wyruszyli na wyprawę do naszego "grodu". Wracając natknęliśmy się na powracajacych z udanej łupieżczej wyprawy najeźdźców. Okazało się, że z grodzian żyje już tylko nasza czwórka. Skryci w trawach patrzyliśmy jak w porozpinanych przeszywkach, zdjętych hełmach, pewni siebie wracają do swojego obozu. We czterech wybiliśmy ich nim zdążyli się przygotować. Minusy "Wilczego Tropu"? Zabrakło piwa. Amazonka Pobudka wczesnym rankiem i do garów. Śniadanie to lepienie podpłomyków dla całego obozu, potem przygotowywanie obiadu dla całego obozu, potem przygotowywanie kolacji dla całego obozu. Garstka dziewczyn jaka odważyła się przyjechać została zapędzona do garów na trzy dni, albo spędzała czas w namiotach przeczekując ataki. I ten okrzyk po walkach "piwo dla wojów". A my to co? Wyjazd wspominam bardzo... kulinarnie (tutaj na twarzy tej drobnej, łagodnej niewiasty pojawił się elegancki uśmiech wróżący organizatorom co najmniej powieszenie za jaja - przyp. Kronikarza). Tomił (to był jego pierwszy wyjazd) Jak jechać, to tylko na bojowo. Inaczej omija człowieka mnóstwo zabawy.
|
|||
| Poprawiony: poniedziałek, 12 lipca 2010 07:47 |





Komentarze
Na Fortisówce razem ogarniemy kuchnię ..;)
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.