|
Kronika - 29 lipca - pechowy trening |
|
|
|
|
Zebrało się nas sporo. Piotrek z Calatravy, Cybul z Brańska, Mariusz, Tomasz, Boguta i Gaston z Białej. Zjawili się nawet nowicjusze - Piotrek i Konrad by wesprzeć dodatkową parą dłoni ubierających się rymcerzy. Pogoda też dopisała - słońce schowało się za chmury, wiał wiaterek, komary pochowały się po kątach. Może dlatego tyle pary w łapach mieli trenujący. Na nieszczęście dla broni. Złamane trzy miecze i rozrąbana tarcza podsumowały dzisiejszy trening. Może warto powrócić do trenowania kijami. Też pękały, ale przynajmniej tańsze. Armowiec czytający te słowa uśmiechnie się pod nosem i w wyobraźni stanie mu widok przyjmowania ciosu na statyczną zastawę. Otóż nie. Wszystkie miecze miały już swoją przeszłość i pękły na starych spawach zwykle w chwili uderzenia w hełm. Brak sprężystości w miejscu łączenia doszedł do głosu. A tarcza Boguty... no cóż - musi się nauczyć by nie przyjmować ciosów na rant. Błąd nowicjusza. Jak każdy musi się jeszcze wiele nauczyć : )
|
|
Kronika - Horda Tatarska - ciężkie dni |
|
|
|
|
Z dziennika komandora podlaskiego
Z łopotem sztandarów i szczękiem metalu zjechało na naszą podlaską ziemię doborowe rycerstwo zakonne. Zacny i szanowany brat Tomasz przywiódł młodych templariuszy z Miedzyrzeca, Jan z Lublina przyprowadził szpitalników wysłanych przez baliwa lubelskiego - brata Wróbla, dotarli też i bracia z odległych komandorii Zamość i Łańcut w osobie brata Bartosza i brata Dawida. Niebawem stanął rząd namiotów, a tarcze przed nimi i rozłożony sprzęt bojowy nie pozostawiały wątpliwości co do charakteru zgromadzenia. Pierwszy dzień upłynął spokojnie. Morale wśród moich ludzi wzrosło na tyle, że urządzili wraz z gośćmi zawody w rzutach oszczepem. Najlepszy okazał się młody templariusz. Następnie bracia przeszli do poważniejszych ćwiczeń, gdzie dawali dowody swej siły i zręczności. Wieczór nadszedł spokojny. Gdyby nie czujne warty i broń złożona pod ręką można by rzec, że panuje sielska atmosfera. Nieliczne niewiasty dzielnie znosiły pomoc panów w kuchni. Siedząc przy ognisku zapadliśmy w zwodniczy, błogi nastrój. "Alarm, alarm!" - okrzyki wyrwały śpiących i zadumanych. Ognisko wnet opustoszało. Na chwilę zapanował chaos biegajacych w ciemnościach postaci. Szereg rycerzy stojących w gotowości bojowej powiększał się. Aż zapadła cisza. Nikt nie atakował obozu. Wezwane warty zameldowały, że zauważyły przemieszczające się grupy postaci. Wysłany zbrojny patrol nic nie znalazł. Komandoria Lublin otoczyła sztandar, templariusze osłaniali południowe wejście do obozu, reszta patrolowała okoliczny teren. Czas mijał, a przeciwnika nigdzie nie było widać. Sądząc, że Tatarzy chcą nas tylko zmeczyć nocnymi alarmami poleciłem ruszyć spowrotem na odpoczynek. Nim sprzączki hełmów zostały rozpięte głośne "ałłłła" rozległo się od południowej strony obozu. Templariusze przyjęli na siebie pierwsze uderzenie. Nie byli jednak w stanie zatrzymać fali przeciwników. Okrzyki ucichły, a w hełmie słychać było tylko szczęk broni i własny oddech. Sylwetki postaci migały na tle ogniska. Atak zakończył się szybko. Nikt z rycerzy nie poległ. Ciała przeciwników też poznikały. Tylko porzucone łuki świadczyły, że ich właściciele musieli ucierpieć. Niestety znikł sztandar. Zdyszani ponuro wpatrywaliśmy się w puste miejsce.
Dzień nastał pochmurny i deszczowy. Wszyscy w obozie rwali się do walnego starcia ale przeciwnik unikał otwartej konfrontacji. Wypady w pogoni za wypatrzonymi grupkami kończyły się fiaskiem. Zbrojni poranieni strzałami wracali do obozu. Ciężkie, bojowe rumaki nie były w stanie dogonić rączych koni Tatarskich. Pogardzany, odziany w szmaty przeciwnik kpił z ciężkozbrojnego rycerstwa. W południe nastąpił kolejny szybki atak. Porwano w jasyr młode dziewczęta, które nieopatrznie wyprawiły się poza obozowisko. Udało się je odbić tylko dzięki szybkiej współpracy wart i grupy pościgowej. Tego dnia "ałła" rozległo się ponownie. Grupy Tatarów wychynęły zza drzew, pojawiły się nagle wśród traw. Uszykowaliśmy się w linię i wymaszerowaliśmy przed obozowisko. Tego dnia wielu z nas padło przebitych strzałami, ale i wielu Tatarów nie zdołało umknąć spod miecza. Walka nie została rozstrzygnięta. Zagony Tatarskie łukiem ominęły patrolowane przez nas tereny niczym woda opływająca kamień. Taktyka z powodzeniem stosowana w walkach z innym rycerstwem zupełnie nie sprawdziła się w starciu z szybkim i dysponującym łukiem przeciwnikiem. Musimy wiele przemyśleć o nowym niebezpieczeństwie i przygotować się lepiej.
|
|
Kronika - Horda Tatarska - już słychać tętent kopyt |
|
|
|
|
Z dziennika komandora podlaskiego
Od dwóch dni nie przybył ani jeden uchodźca. Zatem przeciwnik jest już blisko. Cisza oczekiwania na starcie jest gorsza od zgiełku bitwy. Dzisiaj powrócili posłańcy rozełani do pobliskich komandorii. Słaniając się na nogach składali raporty. Najbliższa nam komandoria Międzyrzec przyśle kontyngent w sile ośmiu dusz. Chwała im. Z komandorii Lublin już zmierza ku nam trzech ciężkozbrojnych rycerzy. Niepodziewanie odezwała sie i komandoria Zamość. I stamtąd ruszyło nas wesprzeć kilku doborowych ciężkozbrojnych. Nadal będzie nas niewielu, ale jeden dobrze wyposażony rycerz stanie za pięć dziesiątek Tatarów. Oby tylko dotarli na czas. Jeżeli się spóźnią, zastaną nas w chwale przesiadujących po prawicy Pana.
|
|
Trening odbył się bez niespodzianek. Jan i Piotr - nasi nowi, dobrze wróżący nowicjusze wprawiali się w pracy nóg w walce, Gaston z Magdą przebierali w próbkach lnu, Boguta i Tomasz okładali się piankowymi mieczami szukając błędów w swoich ruchach, a Konrad oswajał się z łukiem. Potem nowicjusze zostali odpytani z zadanego im materiału. Nie mając im nic do zarzucenia Boguta pozwolił im stanąć do walki na żelazo. Jest coraz lepiej. Następnie odbyła się skromna premiera nowego komputera bractwa. Właściwie to nowy był od bardzo dawno temu, ale na nasze potrzeby w zupełności wystarczy. Nie ma to jak nagrać film ze sparingu, a potem go przeanalizować na miejscu, zebrać fotografie z całego okresu działalności bractwa, czy zrobić bazę naszej wiedzy. Spoceni i zmęczeni rozeszliśmy się do domów.
Pod wieczór dali znać o sobie nasi słowianie - właśnie dotarli do Białej.
Kiedy Boguta przyszedł otworzyć wieżę samochód stał już rozładowany ze sprzętu i otaczała go gromadka zmęczonych postaci. Powitali dowódcę bez porównania mniej entuzjastycznie jak zamrożoną Colę którą przyniósł ze sobą. Rozkładając sprzęt w wieży snuli opowiadania....
Wspomnienia z "Wilczego Tropu"
Filip
Byliśmy w grupie zwanej "grodem", druga grupa miała być najeźdźcami. Miała być, bo w sumie chyba my częściej ich niepokoiliśmy. Każdy woj swój sprzęt bojowy trzymał pod ręką. Bywało, że wyrwani ze snu przez warty musieliśmy półśpiący stanąć w kilka minut w gotowości bojowej i odpierać atak. Zasady walki były jasne - oberwałeś - nie żyjesz. Równało się to z eliminacją na jedną godzinę, którą spędzało się na tzw. "cmetarzysku". "Zabici" wojowie z obu stron, pojednani w tym miejscu opowiadali sobie kawały czekając na swe "zmartwychwstanie". Raz wyprawiłem się z trzema innymi wojami do obozu nieprzyjaciela. Był prawie pusty, bo wszyscy wyruszyli na wyprawę do naszego "grodu". Wracając natknęliśmy się na powracajacych z udanej łupieżczej wyprawy najeźdźców. Okazało się, że z grodzian żyje już tylko nasza czwórka. Skryci w trawach patrzyliśmy jak w porozpinanych przeszywkach, zdjętych hełmach, pewni siebie wracają do swojego obozu. We czterech wybiliśmy ich nim zdążyli się przygotować. Minusy "Wilczego Tropu"? Zabrakło piwa.
Amazonka
Pobudka wczesnym rankiem i do garów. Śniadanie to lepienie podpłomyków dla całego obozu, potem przygotowywanie obiadu dla całego obozu, potem przygotowywanie kolacji dla całego obozu. Garstka dziewczyn jaka odważyła się przyjechać została zapędzona do garów na trzy dni, albo spędzała czas w namiotach przeczekując ataki. I ten okrzyk po walkach "piwo dla wojów". A my to co? Wyjazd wspominam bardzo... kulinarnie (tutaj na twarzy tej drobnej, łagodnej niewiasty pojawił się elegancki uśmiech wróżący organizatorom co najmniej powieszenie za jaja - przyp. Kronikarza).
Tomił
(to był jego pierwszy wyjazd) Jak jechać, to tylko na bojowo. Inaczej omija człowieka mnóstwo zabawy.
|
|
Kronika - Horda tatarska na horyzoncie |
|
|
|
|
Z kroniki komadora podlaskiego
Od kilku dni ze wschodu i południa dochodzą nas niepokojące wieści. Nieliczni uchodźcy niosą jedno słowo szeptane z lękiem: Tatarzy. Szukają u nas schronienia, ale widząc szczupłe siły jakie mam pod swym dowództwem, ruszają czym prędzej dalej. Stawiam ludzi w stan gotowości. Mam trzech ciężkozbrojnych i zaprawionych w bojach rycerzy. Ach, czemuż brat Mariusz ruszyć musiał za granicę? Teraz każdy miecz droższy nad złoto. Reszta komandorii to pełni zapału, ale młodzi i niesprawdzeni w boju nowicjusze. Garstka nas. Wysłałem gońca z prośbą o pomoc do swego baliwa zacnego brata Wróbla stacjonujacego w Lublinie, drugiego pchnąłem do komandorii templariuszy z Międzyrzeca. Niech nas ma w opiece Bóg i Święty Krzyż.
|
|
Kronika - 8-11 lipca - Wilczy Trop |
|
|
|
|

Nasza drużyna wczesna już tam jest. Jak donosi nasz szpieg "Stefan" cały obóz dziś o 6 rano postawiony został w stan gotowości. Potem kontakt się urwał.
Ponownie udało się nawiązać łączność. "Stefan" nadaje: taśmowa produkcja podpłomyków STOP bardzo gorąco STOP (tekst objęty klasyfikacją super-tajne) STOP widoki zapierają dech STOP
16:00 piątek "Stefan" znów nadaje. Obóz przeciwny najechał obozowisko w którym byli m.in. nasi słowianie. Po długiej walce podczas której kobiety schroniły się do namiotów najeźdźca został wyparty z obozowiska. Niestety w czasie starcia Tomił został związany i porwany do nieprzyjacielskiego obozu. Zorganizowana naprędce wyprawa czterech wojowników niespodziewanym atakiem odbiła naszego woja i uszła cało. Zapewne przeciwnik czeka teraz nocy. Miejmy nadzieję, że warty będą czujne.
|
|
Kronika - 4 lipca - Szlak Jagielloński w Piszczacu |
|
|
|
|
Zostaliśmy zaproszeni by uświetnić imprezę z cyklu Szlak Jagielloński. I z tego co słyszałem to "uświetnianie" nam nieźle wyszło. Z rana przegląd sprzętu, pakowanie i ładowanie się do wozu strażackiego który robił nam za środek lokomocji. Na miejscu rozstawianie namiotów i planowanie obozowiska. Dyby, stanowiska do "macania broni i zbroi", stanowisko ze sprzętem obozowym, miejsce do zabaw dla dzieci i pole do walk. Wszystko szło sprawnie i bez większych problemów. W końcu była nas całkiem ładna i zgrana grupa: Boguta, Tomasz, Marcin, Gaston, Amazonka, Filip i nowicjusz Piotr. Boguta dodatkowo zaprosił pewnego młodego chłopaka, który śledzi nasze poczynania z zapałem i choć za młody by wstąpić w nasze szeregi wydał się dość odpowiedzialny by nam towarzyszyć. Napierw przebraliśmy siebie, a potem z tego co zostało udało nam się ubralić naszych młodocianych. Każdy bez specjalnych instrukcji znalazł swoje miejsce w obozie i wszystko się zaczęło. Boguta gdzieś znikał (w kolczudze pomagał podłączać projektor organizatorom), Filip szczęśliwy wychwalał sprzęt słowian, Amazonka zaznajamiała zachwycone dzieciaczki ze Stefanem (skórka z jakiegoś puszystego zwierzaka), a zainteresowane panie z metodami wyrobu krajek, Tomasz z szerokim uśmiechem pojedynkował się z dziećmi na piankowe miecze, Gaston ścinał głowy przy dybach, Marcin brzęczał kolczugą i obsługiwał przymierzalnię hełmów, a Piotr wraz z naszym gościem byli wszędzie i pomagali gdzie mogli. W chwili kiedy komentator opisujący dzieje Szlaku zrobił sobie przerwę urządziliśmy kilka starć na które zbiegli się wszyscy z okolicznych straganów. Podobno się podobało. Czas leciał szybko i w miłej atmosferze. Kronikarz musiał wczesniej uciekać do innych obowiązków, ale jak słyszał pod koniec miejscowi godnie ugościli bractwo.
Galeria
|
|
Kronika - 3 lipca - stół i trzy stołki |
|
|
|
|
Nie wiem czy warte to miejsca jakie zajmie tych kilka słów, ale udało się wspólnymi siłami Filipa i Boguty dokończyć stół. Kibicowała nam Amazonka. Potem dotarł Michał i jakoś wyszły trzy stołki trójnogie. Ich stabilność pozostawia wiele do życzenia, dlatego zdecydowaliśmy jednogłośnie, że będą przeznaczone dla gości. Tak naprawdę wymagają jeszcze dopracowania. Z rozpędu naprawiliśmy od razu dyby. I od razu sprawdziliśmy czy działają (jak ktoś będzie przechodził obok wieży niech nie dokarmia Marcina). Dzień ciężki, długi i owocny. Godzina 18.00 i siadam do obiadu.
Niehistoryczna cola, niehistoryczny Filip i bezgwoździowy, demontowalny stół. Stałem na nim, skakałem po nim, zobaczymy jak długo wytrzyma.

|
|
Kronika - 28 czerwca - Jan mam na imię! |
|
|
|
|
Dziś o godzinie 18.00 Zuza zwana Vesną i Gilbert stali się szczęśliwymi rodzicami!
Oto nowy członek bractwa. Jan Sadowski.

|
|
Kronika - 26 czerwca - stół |
|
|
|
|
Nadia dzięki swemu uporowi zmusiła nas zorganizowała w sobotę prace nad stołem. Nasz pierwszy mebel. Filip, Michał i Boguta przez kilka godzin w Parku piłowali, obrabiali i mierzyli drewniane deski. Kto pamięta wzór na przekatną prostokąta? To chyba z Pitagorasa... A jak obliczyć obciążenie blatu na sworzeń? A pod jakim kątem wyciąć... Niby stół taka prosta sprawa - kilka desek, ale kiedy dochodzi utrudnienie w formie "ma być historycznie i bez gwoździ" i "ma się dać prosto demontować" a w dodatku zabiera się za to informatyk, chemik i lekarz... może być zabawnie. I było zabawnie. Niektóre deski pokryte były dość gęsto skomplikowanymi liniami z których tylko dwie, lub trzy były tymi prawidłowymi do cięcia. Po kilku godzinach wylanego potu i wypitej przez komary krwi stół nabrał kształtów. Idealna wysokość, długość i szerokość. O dziwo nawet się nie chybotał, a wszystkie ementy jakoś pasowały. Na kolejny dzień zostawiliśmy sobie już tylko montaż blatu i szlif desek. Jak nas wszystko zadowoli, damy foty. Jak nie, napiszę wtedy tylko, że stół wyszedł nam wspaniale <mruga>
|
|
|